PODZIEL SIĘ

Taylor McFerrin zadebiutował w 2006 roku, jednak jego pierwszy długogrający album „Early Riser” ukazał się dopiero w 2014 roku. Promując swoje świeże wydawnictwo odwiedził również Polskę.

Łukasz Sidorkiewicz: O ile dobrze pamiętam zawsze mawiałeś, że nie jesteś gotów na śpiewanie zarówno podczas swoich występów jak i we własnych nagraniach. Ale teraz to robisz. Czujesz się już bardziej pewny siebie w tym obszarze?

Taylor McFerrin: Nie do końca. Ostatnia trasa koncertowa służyła nieco pokonaniu mojego strachu. Wiem, że nie jestem jeszcze dobrym wokalistą, ale nie chcę, aby to mnie powstrzymywało od śpiewania w przyszłości. Próbuję zatem śpiewać 3-4 razy podczas koncertu. Dzięki temu nie jest to już dla mnie takim dziwnym doświadczeniem. Pobieram również lekcje śpiewu, aby trochę się poduczyć.

Przy twojej ostatniej trasie odniosłem wrażenie, że trochę brakuje w niej żywych instrumentów. Jednak widziałem nagrania, podczas których grałeś z żywą perkusją.

Moim celem jest występować z Marcusem Gilmorem, który nagrywał perkusję na mój album. Na tej trasie było to nieosiągalne. Została ona zaplanowana 6 miesięcy wcześniej, kiedy Markus miał już plany na ten czas. Ale w tym roku będę występował już z żywą perkusją. Samodzielny występ do duży wyczyn i daje mnóstwo satysfakcji. Ale dla mnie ważne jest, aby móc się komunikować z drugą osobą na scenie. Jest wówczas czas na odpoczynek. Również stres wiążący się z perfekcją dzielony jest na pół. Myślę, że moje występy z perkusistą są spójne i dopełniają się, zyskują na wartości. Ale koncerty solo są trudniejsze. Wkładam mnóstwo pracy w to, aby brzmiały one kompletnie – pomimo tego, że występuję sam.

Powiedziałbym nawet, że podróżowanie w pojedynkę jest całkiem wygodnym rozwiązaniem. I Ty to robisz. Ale samotna podróż po Europie może również być niebezpieczna.

Z drugiej strony trochę lubię samotność. Fajne jest mieć swój czas i swoje miejsce, w którym jestem sam.

Robię to od 7 lat, więc nie jest to już dla mnie straszne. To dziwne, ale byłem w wielu zespołach, z którymi sporo podróżowaliśmy. To sprawia wiele frajdy: jest zabawnie, opowiadamy sobie żarty czy przeżywam szalone, nieprzespane noce. Fajnie jest mieć takie wspomnienia. Ale gdy jestem sam – nie mam z kim tych nocy wspominać. To więc jedyna rzecz, która mi się w tym nie podoba. Z drugiej strony trochę lubię samotność. Fajne jest mieć swój czas i swoje miejsce, w którym jestem sam.

Może to jest trochę faux pas, ale każdy wypytuje się o Twojego ojca. Podobnie było w przypadku koncertu w Polsce, na który zapraszały plakaty mówiące: „Taylor Mcferrin – syn Bobbyego McFerrina”. Nie złości Cię to, że wszyscy kojarzą Twoją muzykę najczęściej poprzez skojarzenia z ojcem?

Nie złoszczę się. Mój ojciec jest fantastycznym muzykiem. Nie mogę udawać, że nie jest moim ojcem. Jestem dumny z dźwięku, który osiągnąłem na moim albumie. To brzmienie jest kompletnie odmienne od tego, co on robił. Jestem spokojny o to, że tworzę własne rzeczy. Złoszczenie się byłoby ogromną stratą energii. Gdybym spotkał kogoś, kto jest synem legendy z pewnością bym powiedział znajomym, że to jego syn. Mnie motywuje osiągnięcie własnego muzycznego poziomu. Długo już zajmuję się muzyką więc myślę, że jestem na dobrej drodze.

Ale podczas występów grasz również pojedyncze utwory swojego ojca. Sądzisz, że publiczność tego po Tobie oczekuje?

Jestem dumny z osiągnięć mojego ojca – jest moją wielką inspiracją.

Nie mam pojęcia! Kiedyś spróbowałem to raz zrobić. Mój przyjaciel, Jose James, jest świetnym muzykiem z blue note. Zaśpiewałem jeden z utwórów podczas imprezy z okazji wydania jego albumu. To miał być prezent dla Jose, bo wiem, że uwielbia ten utwór. Wyszło to zaskakująco dobrze. Jestem dumny z osiągnięć mojego ojca – jest moją wielką inspiracją. Z drugiej strony – to tylko muzyka. Ona nie działa na niczyją szkodę. Gdybym próbował nagrywać album w stylu remiksu największych przebojów mojego ojca, wtedy to by była inna sprawa. Chociaż to także musiałoby być ciekawe.

Twoja poprzednia EPka została wydana w 2011 roku. Przeczytałem jeden z wywiadów z tamtego okresu, w którym powiedziałeś, że wkrótce ukaże się Twój długogrający album. Dlaczego zatem musieliśmy czekać na niego do połowy 2014 roku?

taylor-mcferrin3

Jest ogromna presja, aby wypuścić dobrą muzykę. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niby syn Bobbyego, a stworzył coś słabego.

Po prostu tworzenie albumu jest skomplikowane. Stworzyłem przez te lata mnóstwo muzyki. Ale również zarabiałem koncertując, podróżując… Tworzyłem muzykę dla innych. Mogłem wypuścić album wcześniej, ale nie byłbym z niego zadowolony. Na pierwszym albumie zawsze chcesz wyrazić całego siebie. Chciałem być z niego dumny. Ale nawet ja zauważyłem, że to trwa zbyt długo. Potrzebowałem ponownej inspiracji, którą dostarczyli mi przyjaciele i muzycy poznani przez ostatni rok. To oni pomogli mi dokończyć ten album. Mam nadzieję, że już nigdy więcej nie zajmie mi to tak dużo czasu. To chyba jest tak jak z moim ojcem. Jest ogromna presja, aby wypuścić dobrą muzykę. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niby syn Bobbyego, a stworzył coś słabego. Wydaje mi sie, że jestem oceniany według określonych standardów, że to musi być dobra muzyka. Sam z resztą czułem presję. A Przy okazji sporo się nauczyłem odnośnie produkcji muzyki. Tę lekcję wykorzystam przy kolejnym albumie. Mam nadzieję, że produkcja nie potrwa dłużej niż 2 lata.

Może źle to zrozumiałem, ale wspominałeś, że nie chcesz na swoim debiutanckim krążku wykorzystywać własnego wokalu. A jednak…

Właściwie to bardzo chciałem śpiewać na nagraniach. Muzykę i bity tworzę od około piętnastu lat. A śpiewać chcę dopiero od dwóch. Więc dla mnie moje wokale nie były na tym samym poziomie co muzyka. Uznałem, że mam czas na ich dopracowanie. To wielkie wyzwanie – rozwijać umiejętności przez następnych parę lat. Dlatego zaśpiewałem podczas ostatniej trasy. Jeśli miałoby być dobrze chociaż przez chwilę, to chcę się z tym zmierzyć. To część doskonalenia się jako muzyk. Doskonalę się w tym, co chcę robić.

Mówiłeś, że w przyszłości chciałbyś występować z żywym zespołem. Co wówczas z wokalami? Na album zaprosiłeś mnóstwo różnych wokalistów – chcesz zatem w przyszłości wykonywać wokalnie tylko te utwory, które pierwotnie Ty wykonujesz?

Tak – to mój cel. Na następnym albumie postaram się nagrać wszystkie swoje wokale. Chcę być samowystarczalny. Zapewne zaproszę również gości, ale to również wyzwanie. To ekscytujące a zarazem daje pewien dreszczyk emocji. Ale warto do tego dążyć. Z pewnością ludzie mogą tego po mnie oczekiwać.

Ale Twoje kolaboracje na albumie są nie tylko wokalne. Na przykład Robert Glasper…

taylor2To szaleństwo, że znalazł się na albumie. Także mieszka w Brooklynie, koncertowałem z nim po Australii. Zaprosił mnie na wspólny koncert w Los Angeles. Zaprzyjaźniliśmy się. To był odpowiedni moment, aby zapytać sie go o wspólne nagranie. Gdyby odmówił, nie miałbym o to pretensji. Ale zgodził się. To ciekawe uczucie, bo ludzie, którzy cenią Roberta Glaspera z pewnością znajdą coś dla siebie na moim albumie. To pomogło mi dotrzeć do jego słuchaczy. Oczywiście ja sam jestem wielkim fanem Roberta Glaspera. Widziałęm sporo jego występów. Przyjemnie jest poza tym pracować z ludźmi prezentującymi poziom, do którego ty dążysz. To bardzo motywuje.

I w końcu zaprosiłeś swojego ojca na album. Invisible/Visible. Myślałem, że Twój ojciec będzie na nim śpiewał, jednak jest to utwór w pełni instrumentalny.

Moim celem było umieścić ich w jednym utworze – obaj mieli na mnie niesamowity wpływ.

Mój Tato wykonywał mnóstwo utworów bez tekstu. Ale dla mnie drugim bohaterem jest występujący w tym samym utworze Caesar Mariano – jeden z moich ulubionych brazylijskich pianistów. Moim celem było umieścić ich w jednym utworze – obaj mieli na mnie niesamowity wpływ. Szczerze mówiąc mój ojciec jest na wielu moich nagraniach. Z biegiem czasu pozbyłem się strachu przed tym co ludzie powiedzą. Jest geniuszem i tworzenie z nim muzyki jest czymś wyjątkowym.

Muszę przyznać, że jestem zafascynowany technikami animacji. Jeden z Twoich teledysków – The Antidote – jest właśnie animowany.

Zrobił go ten sam człowiek, który stworzył okładkę albumu. Sporo filmuje i fotografuje, ale po raz pierwszy wtedy stworzył animację. Stwierdził, że to był pierwszy i ostatni raz, bo to żmudna, ciężka praca. Zajęła mu około 5 miesięcy. W tygodniu pracuje, więc klip tworzył w weekendy. Nazywa się Simon Benjamin. Mieszkaliśmy w Brooklinie w tym samym budynku. Znamy się od 10 lat.

Najpierw nagraliście film, po czym Simon przerysowywał go klatka po klatce?

Tak, nakręciliśmy mnie i Nei Palm. Następnie Simon naszkicował obrazki w nieco psychodelicznym stylu. Szczerze mówiąc nie widziałem go podczas pracy. Co parę tygodni odwiedzałem go i sprawdzałem postępy. Ale jestem zadowolony z efektów. Ponadto Simon stworzył mój kolejny teledysk – do „Place in my heart”.

Będzie ich jeszcze więcej?

Do tego albumu już chyba nie. Zaczynam pracę nad kolejnym albumem. Wypuszczę wkrótce nowe utwory. Chcę, aby płyta ukazała sie w ciągu osiemnastu miesięcy od poprzedniej. To wypada na jesień. Muszę się zatem sprężać. Sporo pracy przede mną, ale nie chcę mieć tego za sobą i zachwycać sie gotowym dziełem. Chcę po prostu tworzyć.

Rozumiem, że będziesz kontynuował pracę z brainfeeder?

Chyba tak. Jeszcze z nimi tego nie ustalałem. Podpisałem kontrakt na jeden album, ale myślę, że są z niego zadowoleni. Zobaczymy. Mam z nimi bardzo dobre doświadczenia.

Czekamy zatem na nowe nagrania i Twój powrót do Polski.
Zdecydowanie. Polska jest fajna, chociaż póki co miałem okazję zobaczyć jedynie hotele i sale koncertowe. Przy codziennych występach jedyne o czym marzysz to sen. Widziałem jeszcze widoki podczas jazdy, ale mam nadzieję, że następnym razem będę miał dzień wolny na zobaczenie ciekawych miejsc w Polsce.

W takim razie czekamy z niecierpliwością na twój kolejny występ – tym razem z całym zespołem!

Obiecuję wrócić z zespołem!