PODZIEL SIĘ

30Glass Animals – How to Be a Human Being

Rok 2016 był zdecydowanie rokiem wyraźnych nawiązań do popkultury lat 80′, 90′. Powrót The Avalanches, genialny serial „Stranger Things” nawiązujący do familijnych produkcji SF spod znaku Stevena Spielberga, czy… Glass Animals! „How to Be a Human Being” okładką i zawartością nawiązuje do produkcji telewizyjnych tamtych czasów. Zaczynając od prześmiewczej okładki, kolorowej, prezentującą „typową rodzinkę” tego okresu czy zerkając na tracklistę z serialowym „Season 2 Episode 3”. W każdym razie trzeba sobie powiedzieć wprost: Glass Animals stworzyli wspaniały album wypełniony niezaprzeczalnymi hitami. Bez skomplikowanych nawiązań i zbędnego patosu. Po prostu z przyjemnymi utworami, których nie sposób nie kojarzyć, jak rozpoczynający krążek „Life Itself” czy bezkonkurencyjne „Youth”. Mają też talent do tworzenia zapadających w pamięć melodii, jak w „Mama’s Gun”, po usłyszeniu których trudno będzie to „gwizdanie” wyrzucić z głowy. A dla wytrwałych, doskonałe „Agnes” na sam koniec krążka. „ZABA” z 2014 roku odkryło przed światem niesamowitych Glass Animals. „How to Be a Human Being” zdecydowanie potwierdza ich pozycję! [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

29Rihanna – Anti

Spójrzmy na cztery albumy wstecz Rihanny. Żaden z nich nie mógłby się znaleźć w naszym zestawieniu nie tylko ze względu na naszą ignorancję komercyjną, ale szczerze przeciętny poziom kompozycji. Ale Rihanna zadaje się z odpowiednim towarzystwem i widzi, że skoro Kanye, Beyonce, Drake, Kendrick czy Miguel robią rzeczy bardziej ponadczasowe niż szybki pieniądz i recenzja 5/5 w Bravo (chociaż wiadomo jak jest). Dlatego wypuściła ANTI, które już nie jest tak cukierkową płytą. Pokazała, ze potrafi poruszać się wśród mroczniejszych, nieoczywistych bitów i momentami szalonych zestawień. Już sam początek krążka to zwiastuje poprzez zaproszenie do „Consideration” uznaną w środowisku wschodzących artystek SZA. A pomijając oczywiste hity, które mogą lecieć w komercyjnych rozgłośniach („Kiss it Better”, „Work”, które wciąż są słuchalne), to zaserwowała nam naprawdę ciekawe kompozycje. Porywające „Desperado”, pulsujące, niezwykłe „Needed Me” i zapadające w pamięć „Same Ol’ Mistakes”. Strzał w dziesiątkę (no, może w 9.5)! Na dodatek album nie jest oceniany tylko w kontekście poprzednich wydawnictw, ale naprawdę jest bardzo dobrą produkcją. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

28ANOHNI – Hopelessness

Wszyscy oczekiwali występu Anohni na Off Festivalu, jednak choroba tym razem ją pokonała. A szkoda, bo to mógł być jeden z najciekawszych występów festiwalu. Szczególnie po świetnie przyjętym krążku „Hopelessness”. To dzieło, do którego swoich sił produkcyjnych dołożyli Oneohtrix Point Never i Hudson Mohawke. Antony Hegarty, wcześniej lider projektu Antony and the Johnsons przeszedł ogromną metamorfozę przychodząc z nowym projektem odchodzącym od starych założeń muzyki instrumentalnej, patetycznej, wręcz teatralnej. Teraz jako Anohni zanurza się w elektronicznym dance-popie, w którym porusza ważne problemy społeczne. Od polityki, przez zniszczenie środowiska po sferę uczuć i tożsamości. „Hopelessness” to dzieło skomplikowane z jednej strony, a z drugiej zdumiewająco łatwo przyswajalne, chociaż pierwsze zderzenie z krążkiem może nie być najprostsze. Niektóre utwory pokazują jeszcze pozostałości po poprzednich dokonaniach artystki w sposób nieoczywisty, jak „I Don’t Love You Anymore” czy „Obama”. Jednak wdarło się tutaj sporo nowoczesności i przebojowości. Mocnych, elektronicznych uderzeń, nieco brudu i narastającego napięcia. To nowy rozdział dla Anohni, a dzięki formie prezentowanej na „Hopelessness” jest ogromna szansa, że jej przekaz trafi do szerokiego grona odbiorców. A to nierzadko wartości, które należy pielęgnować wbrew pędowi i znieczulicy obecnych czasów. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

27The Range – The Potential

Ponad trzy lata temu The Range został doceniony za swój album „Nonfiction”. W minionym roku stworzył więcej, niż można było się spodziewać. Dwa albumy i film dokumentujący powstawanie krążka „Potential”. Za nim bowiem kryje się nieco dłuższa historia. The Range, czyli James Hinton, przekopywał odmęty sieci w poszukiwani ciekawych sampli wokalnych i dźwiękowych. Okazało się, że niemal cały krążek został stworzony ze zlepków filmów z YouTube. Sieć jest przepełniona milionami klipów. Przy większości z nich łatwo wcisnąć przycisk „dalej”. Niektóre obejrzysz do końca bez refleksji. Ale James zadaje pytania: kim są ci ludzie? Jakie są ich historie? Pokazał niesamowite opowieści o zwykłych ludziach, którzy na co dzień prowadzą normalne życie. Popołudniami zaś oddają się swoim pasjom. Dzięki temu każdy z nich mógł zaistnieć choć na chwilę. Znając tę historię można spojrzeć na krążek z nieco innej perspektywy. Kruddy Zak wypowiadający monologi na „Copper Wire” targany jest trudnym życiem w niebezpiecznych dzielnicach miasta. Kai, niczego nieświadoma amatorka śpiewu wykonująca covery Ariany Grande, użyczyła swojego wokalu w „Florida”. Czy w końcu Naturaliss z „1804”, który na co dzień pracuje jako klawisz w więzieniu. Tych ludzi jest o wiele więcej. Ludzi nieodkrytych, którzy mają swoje problemy, historie i tragedie. Ale łączy ich muzyka. Ta pasja sprawia, że „Potential” jest albumem wyjątkowym. Zdecydowanie poruszającym. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

26Noname – Telefone

Ten rok był dla Noname podobny jak dla Jamilii Woods. Wydała równie dobry krążek, w podobnym terminie, a ponadto pojawiła się w podobnych featuringach. Ale w jej żyłach prócz soulu i R’n’B płynie więcej rapu, co również sama uskutecznia na swoim krążku „Telefone”. A to nie wszystko, bo w jej kompozycjach pojawia się również skomplikowanie instrumentalne rodem z jazzu, którego małym symbolem jest postać Eryn Allen Kane, zaproszona do utworu „Reality Check”. To z resztą nie jedyna osoba zoproszona do współpracy, bo ten wielobarwny album wzbogacają m.in. The Mind, Raury, Saba (Chance the Rapper – „Angels”) czy Joseph Chilliams. I vice versa – dopełnieniem albumu są gościnne udziały Noname na innych wydawnictwach ważnych w tym roku artystów. Warto zatem w poszukiwaniu jej głosu sprawdzić „Coloring Book” Chance’a the Rapper’a („Finish Line/Drown”) czy „Bartholomew” od Jesse Boykins’a III („Into You”). Można powiedzieć, że to zgrane towarzystwo, które ciężko pracuje na sukces przyjaciół. Ale jeżeli dzięki temu mają powstawać tak udane krążki jak „Telefone” od Noname, to ja chcę więcej! [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

25Danny Brown – Atrocity Exhibition

Joy Division, Bjork czy Talking Heads – te nazwy wielokrotnie pojawiały się w wywiadach z Dannym Brownem gdy pytano go o inspiracje i wpływy przy tworzeniu „Atrocity Exhibition”. Brzmi zaskakująco? Właśnie na taki efekt liczył Brown udowadniając niejako pozycję najbardziej ekscentrycznego rapera na scenie. W ogóle cały album wywołuje u mnie dwuznaczne odczucia – z jednej strony mam wrażenie, że to najbardziej uporządkowane i dopracowane wydawnictwo w jego dorobku, a z drugiej najbardziej radykalne. Chyba nie jestem w tym rozmyślaniu odosobniony, bo w sieci można znaleźć skrajnie różne recenzje – od skupiania się na dumie z degeneracji przez określenie Browna „najbardziej wyluzowanym spośród raperów eksperymentalnych”, aż po uznanie Atrocity za album roku. To mówi samo za siebie. Każdemu odsłuchowi towarzyszą emocje, czyli to co w muzyce najważniejsze. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

24Isaiah Rashad – The Sun’s Tirade

Już po pierwszym odsłuchu zaraz po premierze czułem, że będzie to jedna z moich ulubionych pozycji rapowych a.d.2016. Znalazłem na tym krążku wszystko czego mi trzeba. Są lekko zadymione ale melodyjne kompozycje („4r Da Squaw” czy „Free Lunch”), sprawne i trafne zapożyczenia z innych gatunków („Rope” i „Silkk da Shocka”), świetne featy („Tity and Dolla” ft. Hugh Augustine, Jay Rock), narkotyczna podróż („Stuck in the Mud”) i w końcu zawsze satysfakcjonujący moment, gdy znajduje się ten sam sampel w dwóch różnych utworach (posłuchajcie „Wat’s Wrong” i wałka Prysa „Nieobecni”). Smaku dodają ostatnie lata życia Rashada, jego uzależnienie od alkoholu i leków,  prawie zerwany kontrakt w TDE oraz to, że ostatecznie po 2,5 roku zawirowań się udało. Tę ważną część swojego życiorysu Isaiah zawarł w otwierającym krążek intrze „where u at?”. „The Sun’s Tirade” to jeden z tych krążków, które wciągają w historię bardzo szybko i nie kończą tej opowieści przed końcem. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

23Shura – Nothing’s Real

Do Shury mamy ogromny sentyment. Głównie dlatego, że jej utwory odkryliśmy jeszcze w momencie, gdy jej profil soundcloudowy świecił pustkami. A każdy kolejny udostępniany utwór zaskakiwał coraz bardziej. „Indecision”, „Touch” czy w końcu „2Shy” zapowiadały coś niezwykłego, jednak nikt by się nie spodziewał, że obecnie Shura zdobędzie tak duży rozgłos i odniesie tak ogromny sukces. To zasługa bardzo dobrych kompozycji, które nawiązują do dźwięków lat 80′, 90′ poprzez przebijające się syntezatory, epizodycznie pojawiające się motywy gitar elektrycznych czy w końcu skoczne rytmy. To po prostu piękne melodie, które razem składają się w uszyty na miarę krążek „Nothing’s Real”. Ale to głównie poruszające piosenki z tekstem, który zmusza do zastanowienia, jak „Make It Up” czy „What’s It Gonna Be?”. A na deser 7-minutowe White Light z ukrytym utworem i przebijającymi się dialogami obecnymi sporadycznie na krążku, które dodają uroku. Wszystko to sprawia, że pomimo swojej przebojowości, „Nothing’s Real” jest krążkiem bardzo osobistym, w którym każdy może odnaleźć historię swojego życia. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

22A Tribe Called Quest – We got it from Here… Thank You 4 Your service

18 lat minęło od wydania poprzedniego albumu „The Love Movement”. Mogłoby się wydawać, że próba wydania kolejnej płyty skończy się albo składanką „The Best of” (kajam się, sam obawiałem się tego rozwiązania), albo nieudolną próbą wpasowania swojej „legendarności” w nowoczesną okładkę. Powiedzmy sobie szczerze – to wcale nie musiało się udać. Jednak w przypadku „We got it from Here… Thank You 4 Your service” jest zupełnie inaczej. Wspomniane wcześniej połączenie „starego z nowym” jest tu idealnie i bardzo smacznie wyważone. Momentami można się poczuć jak na „The Low End Theory”, jednak nigdy nie ma się wrażenia „odgrzewania”. Inna sprawa, że ATCQ idealnie trafili w czas renesansu hip-hopu zaangażowanego i „o czymś”. Ten słodki smak satysfakcji przełamuje fakt, iż w trakcie nagrywania albumu zmarł Phife Dawg, który ledwie 24 godziny przed odejściem zdążył zarejestrować ostatnie zwrotki. Mimo to powstał jeden z najlepszych albumów tego roku. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

21NxWorries – Yes Lawd!

Próbuję odnaleźć w pamięci moment, w którym w zestawieniu najlepszych albumów roku pojawiają się dwie płyty jednego artysty. Do momentu pisania tego tekstu takiego faktu sobie nie przypomniałem, a tak jest tym razem za sprawą Andersona Paak’a (trochę spoiler, ale czy ktokolwiek myślał, że „Malibu” nie zmieści się w top30?). Tutaj w wersji współtworzonej razem z producentem Knxwledge w 19 utworach mijających nadspodziewanie szybko. Na tyle szybko, że czasami mam wrażenie jakby Anderson nawet nie kończył piosenki, a już zaczynał kolejną. I to jest właśnie klucz charakteryzujący „Yes Lawd!” – lekkość, wręcz nonszalancja unosi się w powietrzu cały czas. Single? Może „Get Bigger” ma ku temu potencjał, ale równie nieoczywisty co brzmienie całego albumu. Nie wiem czy próba gatunkowego sklasyfikowania jest tu potrzebna, ale na usta ciśnie się określenie „soulowy”. Mimo świadomości, że fakt wydania „Malibu” w tym samym roku nie powinien wpływać na ocenę NxWorries, to nie da się oprzeć zachwytom nad faktem wydania dwóch bardzo dobrych krążków w odstępie zaledwie dziewięciu miesięcy. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

20Takuya Kuroda – Zigzagger

Zdaję sobie sprawę, że obecność tego krążka w top20 niektórych może dziwić, ale mam na to solidne wytłumaczenie. Stało się tak, ponieważ Takuya Kuroda (trębacz znany chociażby z występów z Jose Jamesem, czy z grupy The Badder) wypełnił u mnie w tym roku pustkę przeznaczoną na albumy instrumentalne, bezkompromisowe i idealnie pokazujące wartość kompozycji w utworze. Wiem, że niektórzy twierdzą, że „piosenka musi posiadać tekst” – ja standardowo odpowiedziałbym „ok, ale to nie są piosenki”. Jednak po którymś kolejnym odsłuchu Zigzaggera doszedłem do wniosku, że właśnie są! Takie instrumentalne, pięknie zagrane piosenki, które są złotym środkiem pomiędzy wygórowanymi ambicjami muzyków, a masowym upraszczaniem wszystkiego. I jeszcze ta trąbka – nienachalnie, ale jednak klarownie wyróżniająca się z całego instrumentarium. Jazzujący afro-beat w najlepszym wydaniu. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

19Gallant – Ology

Gallant to typowy przykład artystów, którzy przed wydaniem płyty raczą nas większością swoich najlepszych utworów. Z tą małą różnicą, że większość z nich nie ma nic więcej do zaoferowania na krążkach. U Gallanta jest inaczej. Nie dość, że jest obdarzony niezwykłym głosem, to ma talent do pisania porywających utworów, dzięki czemu na „Ology” nie ma miejsca na „zapychacze”. Świadczy o tym również ogromny potencjał remiksowania tych utworów. W każdym razie gdyby wypuszczał te single w innej kolejności, jestem pewien, że jego pozycja na rynku nie uległaby zmianie. Już od samego początku albumu oprócz „Talking To Myself” otrzymujemy porywający „Shotgun”, podniosłe „Bone + Tissue” czy melodyjne „Episode”. I jedyny, ale jakże znaczący featuring Jhene Aiko w „Skipping Stones”. Gallant zaserwował nam przyjemną, niezobowiązującą płytę, na której trudno znaleźć jakiekolwiek potknięcie. A sam odsłuch daje mnóstwo radości i satysfakcji, bo to pop, który nie trąca tandetą. Gallant to już zresztą poważny gracz na tej scenie, czego nie musi udowadniać – jedynie trzymać wciąż jak najwyższy poziom. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

18Kanye West – The Life of Pablo

Można delikatnie stwierdzić, że na przestrzeni lat twórczość Kanye West’a była „różna”. Mimo, że kojarzony ze śmietanką artystyczną, to jednak potrafił znaleźć co najmniej złoty środek pomiędzy komercją a „nieobciachowymi” dźwiękami. Pytania zazwyczaj zmierzają w kierunku: czy kolejny album dorówna „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” czy będzie momentami mocno pokręcony jak „Yeezus”? I do tego drugiego mu bliżej. „The Life of Pablo” zaskakiwało. Wypuszczone nagle, z totalnie pokręconą okładką, która obecnie jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych grafik ubiegłego roku, nawet źródłem internetowych memów. „Yeezus” wyglądał jak piracka, wypalona u sąsiada płytka. „The Life of Pablo” wygląda jak internetowy leak albo cyfrowy mixtape. A co z zawartością muzyczną? Po raz kolejny na najwyższym poziomie z rozpoczynającym wydawnictwo „Ultralight Beam” z przepięknymi chórkami. Zmienny jak pogoda, gdzie z mrocznych klimatów i wyrzutów (słynne „I made that b**ch famous” z „Famous”) przechodzi w szaleńczo melodyjne refreny. Utwory, które mają tzw. „background”. Historie, o których jeszcze przez długi czas rozpisywały się portale zarówno plotkarskie jak i magazyny muzyczne. Na „The Life of Pablo” nie ma przypadków. Jest duża różnorodność dźwięków, pomysłów i wokali odpowiednio przetwarzanych na miliony sposobów. Po prostu Kanye, którego da się szanować. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

17NAO – For All We Know

NAO to kolejna wokalistka, która rozwijała się na naszych oczach. Śledziliśmy jej poczynania od pierwszych nagrań i cieszyliśmy się z każdego z nich. A już od początku zapowiadała najwyższy poziom, by obecnie prezentować wyrafinowany pop dostępny dla każdego. „For All We Know” to płyta bardzo zróżnicowana i nowoczesna, nawiązująca do tradycji muzyki soul i R’n’B. Zapowiadana świetnymi singlami, takimi jak „Bad Blood”, „Girlfriend” czy „Fool to Love”. Pokazała jednak również mniej radosną część twórczości, jak przepięknie rozwijający się „In the Morning”, który ze spokoju przeradza się w rozedrgany, elektroniczny finał pełen brudu i hałasu. Co pewien czas pomiędzy utworami wtrącane są krótkie zapiski „Voice Memo”, które są poniekąd próbkami utworów. Kończą się jednak zanim na dobre przekonamy się jakie niosły ze sobą intencje. A oprócz świetnych kompozycji trzeba przyznać, że NAO ma jeden z najciekawszych damskich wokali minionego roku. Bez zbędnych ozdobników, prosty, ale urzekający. W tej prostocie tkwi wielka moc i potencjał. Świetna, niezobowiązująca a zarazem charakterystyczna i zapadająca w pamięć płyta. [POSŁUCHAJ] ~Ł.Sidorkiewicz

16Childish Gambino – Awaken, My Love!

Donald Glover aka Childish Gambino to postać nietuzinkowa, a w ostatnim czasie bardzo dużo się u niego dzieje. Zdążył odebrać Złotego Globa za swój własny serial „Atlanta”, w którym dodatkowo zagrał oraz nagrać album, którego nie spodziewał się nikt. Po pierwsze, zróbmy sobie małe badanie opinii publicznej – pomyślcie o skojarzeniach z Childish Gambino. Jestem przekonany, że większość osób skojarzy go z rapem. Sam spodziewałem się właśnie albumu rapowego. Okazało się jednak, że rapu tu ani grama! Wystarczy przytoczyć nagłówek z NY Times’a: „Childish Gambino’s ‘Awaken, My Love!’ Sounds Like the 1970s”. I w istocie tak właśnie jest. Brzmienie zaskakuje, warstwa liryczna też nie należy do najłatwiejszych i najbardziej oczywistych. Dlatego nowy album Gambino zdecydowanie jest krążkiem wymagającym kilkukrotnego odsłuchu, aby w pełni poczuć klimat, którym obdarza nas Glover. I nadal mam wrażenie, że ta płyta zasługuje na dużo więcej niż tych kilka napisanych przeze mnie zdań. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

15The Avalanches – WIldflower

Szesnaście lat kazali czekać na swój kolejny album, w tym zwodząc wszystkich przez kilkanaście. Zgarnęli wszystkie możliwe nagrody za „Since I Left You” i… Zniknęli. Problem w tym, że z roku na rok zapowiadali powrót, jednak nikt już nie wierzył w ich obietnice. Aż do momentu wypuszczenia „Subways”. Nadzieja przerodziła się w fakt, chociaż kolejny singiel „Frankie Sinatra” już nie wydawał się być tak porywającym. „Wildflower” jako album był oczywistym nawiązaniem do krążka sprzed szesnastu lat. Z jednej strony budową (utwory przechodzą z jednego w drugi płynnie, niczym audycja radiowa), z drugiej nawiązania do popkultury Stanów Zjednoczonych lat 80′, 90′. Dla wielu to właśnie było największą wartością obecnego krążka. Sami z resztą to pokazali swoimi teledyskami. Wypuścili nawet kompilację klipów i przenikających przez siebie symboli tamtych lat w postaci seriali, grafik, animacji, postaci tamtych czasów z przygrywającym w tle „Wildflower”. Wiele osób jednak zarzuca The Avalanches, że na albumie nie ma oczywistych singli, które można słuchać w oderwaniu od całości. To nie jest prawdą, wystarczy sprawdzić rozpoczynający krążek „Because I’m Me”, który jest najbardziej przebojowy z charakterystycznym refrenem, czy prześmiewcze „The Noisy Eater”. Dużo jest przede wszystkim radosnych, sielankowych utworów, które mają za zadanie cieszyć ucho, jak „If I Was a Folkstar”, „Harmony” (doskonałe wręcz) czy „Sunshine”. A do tego wszystko jest spójne, połączone koncepcyjnie i niezwykle relaksujące. Jeżeli dasz się ponieść tym dźwiękom, znajdziesz chwilę wolnego na skupienie się jedynie na „Wildflower”, to będzie on jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie muzycznie mógł podarować rok 2016. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

14Mac Miller – The Divine Feminine

O ile jeszcze całkiem niedawno na wspomnienie o Mac’u Millerze można by jedynie popatrzeć pełnym żalu wzrokiem, o tyle jego ostatnie działania zmieniają postrzeganie jego osoby o 180 stopni. Debiut w postaci „Blue Slide Park” był, delikatnie mówiąc, kiepski. Od „dzieciaka” przeszedł długą drogę, aby liczyć się na scenie. Dzięki temu zrozumiał, że aby zyskać poważanie musi pójść w nieco innym kierunku. Kierunku bardziej stonowanym, rozbudowanym instrumentarium, posłuchał najpewniej trochę jazzu, soulu, zakolegował się z SYD i Thundercatem i… Został wprowadzony w niezwykły świat ambitniejszych dźwięków. Klasę pokazał już na „GO:OD AM”, ale „Divine Feminine” to chyba jego najlepsze dotychczas dzieło. Rozpoczął od najlepszego utworu tego lata – „Dang!” z Andersonem .Paak’iem. A to dopiero początek, bo przy jego produkcjach swoje palce (a raczej głosy) maczali m.in. Ariana Grande, Kendrick Lamar czy Ty Dollar $ign. „Divine Feminine” to album o relacjach między kobietą a mężczyzną, miłości i różnicach pomiędzy postrzeganiem świata pomiędzy obiema płciami. W każdym razie trzymając się samych kompozycji warto wspomnieć, że to nie goście zaproszeni na album, ale same kompozycje Mac’a decydują o wielkości tego krążka. „Stay”, „Skin” czy w końcu świetny „Soulmate” nie potrzebowały żadnej dodatkowej pomocy, aby się obronić. „The Divine Feminine” to dobry znak. Zapowiedzi występów festiwalowych Millera jeszcze dwa lata temu nie robiły zbytniego wrażenia. Obecny krążek sprawia, że na jego koncerty czeka się z dreszczykiem emocji. [POSŁUCHAJ] ~Ł.Sidorkiewicz

13J.Cole – 4 Your Eyez Only

J.Cole kolejny raz postanowił wypuścić praktycznie niezapowiadane wcześniej wydawnictwo i kolejny raz zrobił to w grudniu. Zawsze się zastanawiam czy robi to świadomie i zdaje sobie sprawę, że w wielu rankingach podsumowujących rok nie znajdzie się właśnie z powodu późnej premiery, czy ma nadzieję na wywołanie wielkiego szumu i poprzestawianie wspomnianych rankingów w ostatniej chwili do góry nogami. To zagadnienie jest o tyle ciekawe, że będąc zupełnie szczerym trzeba powiedzieć, że ani „2014 Forrest Hills Drive”, ani nowy „4 Your Eyez Only” nie są krążkami przełomowymi. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cenię te albumy. Poza tym J.Cole jest moim ulubionym raperem i kupuję wszystkie cdki bez zastanowienia. Są to płyty do top20, może top10, ale na pewno nie do top3. Mało tego: wydaje mi się, że tego akurat J.Cole jest w pełni świadomy. Przecież sam zajmuje się bitami, produkcją, nagraniem i wypuszcza to nakładem własnego labelu. To ewidentnie świadczy o fakcie, że jego albumy mają być bardziej osobiste, ciepłe i skierowane raczej do odbiorcy konkretnie zainteresowanego historią, niż masowego słuchacza. I dokładnie taki jest nowy krążek. Chciałoby się powiedzieć „niedzielna płyta” – zawsze, w każdej wolnej chwili będzie się go bardzo dobrze słuchało. W każdej sekundzie czuje się to, że każdy dźwięk ma jakieś odniesienie do życiorysu Cole’a, a teksty automatycznie i niezależnie od rzeczywistości uznaje się za prawdziwe. Idealnym podsumowaniem dla „4 Your Eyez Only” jest zdanie z recki Magdy z Kinkyowl (pozdrawiam serdecznie!) – „jedno z najbardziej błogich wydawnictw tego roku”. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

12Blood Orange – Freetown Sound

Dev Hynes czego się nie dotknie od razu zamienia się w złoto. Nic dziwnego, że tak dużo czasu trzeba było czekać na kolejny krążek od Blood Orange. Od jednego z najlepszych albumów 2013 roku („Cupid Deluxe”) trochę czasu już minęło. W trakcie tych trzech lat sporo artystów mogło pochwalić się, że ich utwory wyprodukował Dev. W każdym razie „Freetown Sound” to kontynuacja poprzedniego krążka, na którym można znaleźć kilka odpowiedników „Chamakay” czy „You’re Not Good Enough”. Muzyka Blood Orange jest bardzo emocjonalna. To artysta z ogromną wrażliwością, którego kompozycje są zarazem przebojowe i subtelne. Głównie przez delikatne partie wokalu połączone leniwymi, pulsującymi dźwiękami. I mimo, że na krążku można znaleźć kilka niekwestionowanych pewniaków, jak „Best To You”, to największą zaletą wszystkich jego dzieł są zawsze utwory intrygujące i tajemnicze. Mowa tu o rozpoczynającym płytę, niezwykle teatralnym „By Ourselves”, eklektycznym „Augustine” czy szeptanym „Better than Me”. Z kolei największe wrażenie robią utwory, w których wykorzystany zostaje subtelnie saksofon wprowadzający niesamowity klimat, jak w „Squash Squash”, „Love Ya” czy „With Him”. To jednak nie jest album „na raz”. O ile single mogą być pochłaniane w kółko, o tyle z resztą utworów trzeba się zaprzyjaźnić. Wsłuchać w każdy instrument, który odgrywa swoją partię opowiadając własną historię. Budując napięcie i dozując emocje, jak w „I Know”. I mimo, że wydany w lecie, to doskonale nadaje się na zimowe wieczory. Warto zatem dać mu drugie życie i przesłuchać na spokojnie, ponownie – od deski do deski. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

11Christian Loffler – Mare

Może to zabrzmi dziwnie, ale nie wiem co mam napisać. Mimo tego, że przesłuchałem album „Mare” kilkanaście razy to nadal nie potrafię uporządkować myśli towarzyszących każdemu kolejnemu spotkaniu z tą muzyką na tyle, aby w kilku zdaniach przelać je na przysłowiowy papier. Najnowszy krążek Christiana Lofflera to po prostu coś pięknego! Podróż – to skojarzenie najczęściej przychodzi mi na myśl. Bardzo rzadko zdarza się, żeby płyta tak bardzo odrywała mnie od rzeczywistości i przenosiła w zupełnie inny wymiar. Każdej z tych podróży towarzyszą silne emocje, które wyłaniają się z naprawdę odległych otchłani pamięci i często są wspomnieniami tymi najbardziej intymnymi. Takimi, o których na co dzień po prostu nie mamy czasu myśleć. Zabawne, ale nawet pisząc ten tekst mam wrażenie, że zaraz niechcący zwierzę się Wam z czegoś osobistego. Wróćmy jednak do samego albumu – dlaczego potrafi tak mocno poruszać? Przecież kompozycje są niby proste, dość ascetyczne, schematyczne i powtarzalne. W tym właśnie elemencie przejawia się największy kunszt Lofflera. Każdy z tych dźwięków jest dopracowany i wypuszczony w idealnym momencie. Wszelakie odgłosy towarzyszące kompozycjom pochodzą z natury i zostały zarejestrowane w domu artysty nad Bałtykiem, gdzie tworzył „Mare”. Minimalowy, pulsujący ton wzbogacony w kilku momentach o hipnotyzujący wokal Mohny, przełamywany od czasu do czasu szybszymi i rytmicznymi fragmentami sprawia, że to co było taneczne stało się melancholijne, a nawet wręcz nostalgiczne. Miałem okazję być na secie Lofflera z tym materiałem – przez 2 godziny nikt się do siebie nie odzywał, każdy był w swoim świecie. Nie każdy potrafi wprowadzić całą salę w taki stan, a Christian Loffler robi to perfekcyjnie. Polecam to przeżycie. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

10BANKS – The Altar

Z „Goddess”, czyli debiutanckim LP od BANKS, był taki problem, że praktycznie połowa materiału została wcześniej wypuszczona jako single bądź epki, przez co przy premierze zabrakło nieco efektu zaskoczenia. Teraz wokalistka znalazła się w zupełnie innej sytuacji. Czasu na przygotowania, wybór singli i promocję „The Altar” było wiele. Czy ten czas został przekuty na sukces? Odpowiedź na to pytanie jest złożona, chociaż nie da się nie zerknąć na ranking – skoro umieściliśmy ten album w najlepszej dziesiątce roku, to nasze zdanie jest oczywiste. Ale jeden element szczególnie zwraca uwagę przy odsłuchu nowej płyty. Wykrystalizowała nam się ta BANKS! Słychać zdecydowanie większą pewność siebie, dzięki czemu i kompozycyjnie artystka pozwoliła sobie na zdecydowanie więcej. Nie przykryło to jednak tego lekko tajemniczego i bardzo kobiecego klimatu, który jest obecny przy każdym z jej nagrań. Wystarczy spojrzeć na początek albumu – pierwszy utwór „Gemini Feed”, który jest ucieleśnieniem tego o czym napisałem w poprzednich dwóch zdaniach. Rytmiczny, melodyjny, zaśpiewany bardzo pewnie. Tu nawet w masteringu można zauważyć różnicę w stosunku do „Goddess”, wokal jest wyciągnięty na pierwszy plan i zdecydowanie mniej rozmyty. Co się dzieje dalej? „Fuck With Myself”, czyli BANKS, której nikt jeszcze nie znał. Mroczna, niepokojąca, hipnotyzująca, ale po raz kolejny bardzo pewna tego o czym śpiewa. Ktoś w sieci napisał, że ta płyta jest klaustrofobiczna. Faktycznie można odnieść wrażenie, że każdy utwór na „The Altar” to kolejny przystanek na trasie po głowie BANKS. I przy tej całej tajemniczości jest to uczucie zdecydowanie przyjemne. [POSŁUCHAJ] ~M.Tomaszewski

9Gold Panda – Good Luck and Do Your Best

Podróże potrafią być bardzo inspirujące. Do działania, kreatywnego tworzenia i otworzenia umysłu. „Good Luck and Do Your Best” Gold Pandy jest swoistą pocztówką z podróży do Japonii, gdzie wraz z Laurą Lewis dwa lata temu  spędził trochę czasu i przywiózł sporą garść materiału. Materiału w postaci zdjęć, filmów i wspomnień zapisanych w muzyce. To kolejny udany krążek, tym razem jednak bardziej sentymentalny niż poprzednie. Wypełniony przepięknymi dźwiękami, które zachwycają od samego początku. Materiału uzbierało się na tyle dużo, że wystarczyło na zobrazowanie kilku utworów: „Time Eater”, „In My Car”, „Pink & Green” oraz „Chiba Nights”. Każdy z nich zachwyca egzotyką i różnorodnością. Chociaż Gold Panda nie używa w swoich kompozycjach wokali w nieprzetworzonej wersji, to każdy z utworów na krążku jest bardzo charakterystyczny. Rozpoznawalny motyw z „Chiba Nights” doczekał się po paru miesiącach przeróbki w postaci „Chiba Days” na minialbumie „Your Good Times Are Just Beginning”. Jeżeli miałbym scharakteryzować „Good Luck and Do Your Best” słowem dominującym, odpowiedziałbym „spokój”. Okazuje się bowiem, że pośród połamanych bitów, Gold Panda wplótł mnóstwo harmonicznych kompozycji, jak przekorne „I Am Real Punk”, czy jeden z najlepszych na krążku utworów „Pink and Green”. Ponadto przebijający się przez kompozycje szelest winyli („Autumn Fall”) czy niepewność przeplatana saksofonem w „Your Good Times Are Just Beginning” to smaczki, które dodają albumowi wdzięku i odrobiny magii. Bo Gold Panda jest muzycznym magikiem, który kompozycjami potrafi doskonale grać na emocjach. Wciąż nie używając jakichkolwiek słów. Wybitna pocztówka. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

8Frank Ocean – Blond

„Channel Orange” różni się od „Blond” tym, że wtedy nie wiedział nikt, a teraz wiedzą wszyscy. Kto wie, może to właśnie świadomość faktu, iż wiele osób uznało długogrający debiut Franka Ocean’a za jeden z najlepszych albumów wszech czasów sprawiła, że aż tyle czasu musiało minąć zanim doczekaliśmy się kolejnego. Wspomnienie pierwszego krążka nie jest przypadkowe. Po pierwsze dlatego, że Frank ustawił sobie poprzeczkę piekielnie wysoko, a czas oczekiwania na kolejny album jeszcze ten poziom podnosił. Po drugie dlatego, że chcąc nie chcąc, już chyba zawsze będziemy każde kolejne wydawnictwo porównywać do debiutu. Niecierpliwe oczekiwanie zostało zaspokojone mocno enigmatyczną formą premiery – najpierw na stronie internetowej pojawił się video-stream z czegoś w stylu pracowni, gdzie po jakimś czasie pojawił się video-album „Endless” (co ciekawe niektórzy twierdzą, że był to sposób na wywiązanie się z kontraktu z Def Jam), a kilkadziesiąt godzin później pojawił się ten właściwy materiał „Blond” firmowany już własnym labelem. Tak samo trudnym jak przeskoczenie poprzeczki debiutu okazał się odbiór krążka. Ale w końcu nie po to czekaliśmy kilka lat, żeby zjeść cały tort jednym kęsem, prawda? Rdzeń się jednak nie zmienił. Frank Ocean nadal jest postacią wyznaczającą trendy w nowoczesnym R&B, a kompozycje przepełnione są miłością i nostalgią, której teraz jest jeszcze więcej. Warto wspomnieć o rewelacyjnych featuringach, jak choćby pojawienie się Andre 3000 w „Solo” – te momenty dają nam oddech i dodają kolorytu całej płycie. A przecież są jeszcze Kendrick Lamar, Beyonce, Pharrell Williams, SebastiAn, Yung Lean, czy Tyler the Creator. Kolejny ciekawy aspekt to brak jakiejkolwiek singlowości i możliwości wyrywkowego odsłuchu któregokolwiek z utworów (może poza „Pink + White”). Ewidentnie Ocean chciał, aby do odsłuchu mocno się przyłożyć. To drugi krążek w tym roku po The Avalanches skonstruowany właśnie w ten sposób. Czy „Blond” zaspokoił oczekiwania fanów? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi, ale jestem przekonany, że po tym albumie nikt nie zwątpił, że Frank Ocean jest jedną z najważniejszych postaci w obecnej muzycznej przestrzeni. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

7Chance The Rapper – Coloring Book

Jak się okazuje istnieje inny model dystrybucji muzyki niż sprzedaż przed majorsów. Chance the Rapper konsekwentnie to pokazuje prezentując kolejny, darmowy do pobrania album. Nie znaczy to jednak, że Chance nie śmierdzi groszem, bo jest ostatnio jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci rynku muzycznego. Świadczą o tym również przysługi, jakie robią sobie nawzajem z Kanye Westem. Chance pojawił się na rozpoczynającym „The Life Of Pablo” utworze „Ultralight Beam”. Kanye z kolei na otwierającym „Coloring Book” kawałku „All We Got”. Co ciekawe Chance nie jest typem „bad boya”, który zaprząta sobie głowę śpiewaniem o szybkich samochodach, pięknych kobietach i używkach. Odcina ten rozdział utworem „Same Drugs”, który obecnie jest również jednym z najczęściej coverowanych w sieci utworów traktujących o relacjach damsko-męskich. Jego muzyka czerpie garściami z soulu oraz gospel i podobno potrafi nawrócić niejednego niewiernego. „Coloring Book” jako mixtape stworzony został z wielkim rozmachem, rozbudowanymi chórami, sekcją dętą i mnóstwem gości. Warto wymienić tutaj chociażby Young Thug’a, Eryn Alle Kane, Noname, BJ the Chicago Kid’a, Anderson .Paak’a czy Raury’ego. A to tylko część z nich. Dzieło Chance’a wręcz emanuje energią i pozytywnymi emocjami, które udzielają się na każdym kroku. Od wspominanego już „All We Got”, przez motywacyjne „D.R.A.M. Sings Special” po porywające „Angels” z Sabą na featuringu. A do tego mixtape jest mocno uduchowiony. „How Great” czy „Finish Line/Drown” są tego najlepszym przykładem. Chance pokazuje, że można stworzyć coś bez wielkiej otoczki drogiej niedostępności czy wulgarnych uproszczeń. Mając z resztą doświadczenie z „Surf” od Donnie Trumpet & the Social Experiment mógł stworzyć dzieło kompletne. Dokładnie takie, jak sobie wymarzył. Z korzyścią dla każdego, a przede wszystkim dla słuchacza. Aż ciarki przechodzą na samą myśl jak może cały ten projekt brzmieć na żywo. Oby było to doświadczenie z tak samo ogromnym rozmachem jak nagrania na tym krążku. [POSŁUCHAJ] ~Ł.Sidorkiewicz

6Beyonce – Lemonade

Dla wielu królowa jest tylko jedna. I jest nią Bey. Ale ona zdecydowanie zapracowała sobie na tę markę, a każde kolejne wydawnictwo mówi o niej samej więcej niż ktokolwiek z jej środowiska. A dlaczego nie ona sama? Bo od dawna już nie udziela wywiadów. Nie odpowiada na pytania: dlaczego, kto, jak… Stąd wielkie poruszenie, które dało „Lemonade”, które tajemniczo zapowiadane, zostało wyemitowane w dniu premiery jako album wizualny w HBO oraz stremowany w Tidalu. Każdy utwór został zobrazowany i okraszony monologami pomiędzy klipami. Utwory w różnych stylistykach z totalnie innych światów tworzyły jedną spójną całość. Portale plotkarskie wrzały analizując teksty „Lemonade”. O uczuciach, zdradzie, rodzinie, przebaczeniu. Historia życia zamknięta w nieco ponad godzinnym filmie, który ogląda się jeszcze lepiej niż słucha. A na krążek zostały zaproszone znane osobistości, które nadały dodatkowego charakteru kompozycjom. Jack White pojawił się w mocno rockowym „Don’t Hurt Yourself”, które przez wielu uznawane było za najlepszy utwór na krążku. Zaraz po singlowym „Formation”, niesamowicie porywającym i przebojowym (na swój sposób). Z drugiej strony „Freedom” z Kendrickiem, który zarapował zwrotkę, jak zwykle w mistrzowski sposób. Ponadto krótki, minutowy epizod Jamesa Blake’a w „Forward”, czy barwny wokal The Weeknd w „6Inch”. Na koniec zaś happy end, którym okazuje się utwór „All Night”. Każdy utwór to osobna historia. Historia, którą w całości może poznamy dopiero po latach milczenia Beyonce. O ile w ogóle… [POSŁUCHAJ] ~Ł.Sidorkiewicz

5Jessy Lanza – Oh No

Trzy lata temu wraz z „Pull My Hair Back” Jessy Lanza zaprezentowała niezwykle sprawne i lekkostrawne połączenie ciemnego popu z lo-fi. O ile faktycznie wówczas jej twórczość oscylowała wokół emocjonalnego dołka, o tyle „Oh No” wbrew okolicznościom powstawania niesie ze sobą mnóstwo energii. Przede wszystkim skażone środowisko jej miejsca zamieszkania i tworzenia (do czego nawiązuje okładka „Oh No”) wymusiło pewien rodzaj frustracji, ale również i determinacji do przetworzenia zdenerwowania w sposób twórczy. Jessy tworzy muzykę w stylu wczesnej Grimes, pozbawionej jednak dziecięcej naiwności. Dźwięki są stonowane, ale na tyle wyjątkowe i charakterystyczne, że nie da się ich przyporządkować żadnemu innemu artyście. Zaskakują – od przypominających przełykanie śliny dźwięki z „Vivica”, czy psychodelicznie zaśpiewany refren „It Means I Love You” (jedna z najlepszych kompozycji na krążku). Materiał wbrew pozorom ambitny, a pośród całej swojej „dziwności” zaskakująco przebojowy. Już od samego „New Ogi” rozpoczynającego krążek potrafi w sobie rozkochać. Pośród tak porywających kompozycji jak „VV Violence” czy „Never Enough” jest również moment zadumy. W „I Talk BB” czy „Begins” Jessy pokazuje swoją spokojniejszą stronę, ukazując siebie jako utalentowaną wokalistkę o wyjątkowej osobowości. Osobowości nie do końca zrozumiałej, momentami mrocznej, ale w stu procentach oryginalnej. [POSŁUCHAJ~Ł.Sidorkiewicz

4Solange – A seat at the Table

Solange Knowles od wielu lat musi się mierzyć z komercyjnym sukcesem swojej siostry. I mimo szczerej niechęci do tego typu porównań nie da się tego aspektu pominąć. Przy ostatnich wydawnictwach miałem wrażenie, że wszelkiego rodzaju wyścigi odpuściła i skupiła się na rzetelnym i solidnym tworzeniu swojej muzyki. Teraz mamy tego efekt. Skupienie na samej sobie sprawiło, że otrzymaliśmy jeden z najlepszych albumów tego roku. I wcale nie mam zamiaru na siłę porównywać go z „Lemonade” mimo tego, że z racji rankingu musieliśmy to jakoś poukładać. Powiem o elementach, które sprawiły, że „A Seat at The Table” znalazło się tak wysoko. Solange nie krzyczy – pozwala nam spokojnie zapoznać się z pięknymi i ciepłymi kompozycjami. Przez to, że rzadziej się o niej słyszy to mam wrażenie większej ekskluzywności materiału, ale też wyższego poziomu wyrafinowania i dopracowania szczegółów. Ważna dla mnie jest też forma przekazu – o ile obie siostry Knowles w tekstach nawiązują do koloru skóry i rasizmu z nim związanym, o tyle Beyonce nawołuje do walki, a Solange woli skupić się na dumie ze swojego pochodzenia. Co ciekawe „A Seat at The Table” jest kolejnym przedstawicielem popularnego ostatnio nurtu wydawnictw bez wyraźnego przeboju i tym samym firmowanego własnym nazwiskiem a nie nazwą wielkich labeli. Okazuje się, że coraz częściej zwracamy uwagę na całość. Podróż, w którą zabiera nas album i historię, którą opowiada każda kolejna piosenka. Mam wrażenie, że za kilka lat lista tak zwanych „one hit wonder” przestanie się powiększać, bo wypuszczenie jednego chwytliwego singla nie będzie żadnym wielkim osiągnięciem. Spoglądając na tracklistę płyty Solange moglibyśmy wyróżnić „Don’t Touch My Hair” z Samphą, lub „Cranes in the Sky”, ale nie ulega wątpliwości, że nie są to utwory wyróżniające się wybitną przebojowością. Kolejnym dowodem na tę tendencję jest fakt, iż praktycznie każdy utwór jest poprzedzony kilkudziesięciosekundowym intrem. I o to właśnie chodzi na tej płycie – o spokojną, klimatyczną i bardzo miłą wycieczkę. Jest to też moment, w którym w końcu można przestać mówić o „byciu w cieniu starszej siostry”. Brawo Solange! [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

3Jamilla Woods – HEAVN

Z tematyką rasizmu i dyskryminacji czarnoskórych w muzyce zawsze istnieje ryzyko, że wszystko zostanie rozdmuchane do granic możliwości, przez co niezależnie od wartości muzycznej twór stanie się asłuchalny. Dlatego wybór klucza na debiutancki album Jamili Woods wydaje się bardzo ryzykowny. Postawiła wszystko na jednej szali, gdzie w kontrze do solowej kariery były dalsze występy u boku Chance’a The Rappera, Donnie Trumpeta, czy Macklemora. Z tej potyczki Jamila wyszła zwycięsko i to z niesamowicie silną pewnością siebie. Ekspresja, wyważenie i świadomość każdego wypowiadanego przez siebie słowa sprawiają, że album „HEAVN” nie tylko zyskuje na naturalności, ale przede wszystkim wiarygodności i pełnego wyrozumienia dla poruszanych przez wokalistkę kwestii. Może dlatego, że nie zapomniano o muzyce i wszystkie te ciężkie słowa są poukładane na pierwszorzędnym i zwiewnym R&B. Chociaż nie brakuje również mocniejszych momentów. Na krążku zanalazło się kilka manifestów, w których jasno i bezpośrednio Woods prezentuje co ma nam do powiedzenia – jak choćby w „Blk Girl Soldier”. Nie zapomniała też o postaciach, dzięki którym w dużej mierze miała możliwość zrealizować plan na solowy album. W utworze „LSD” pojawia się jak zawsze skuteczny i przyjemny Chance i po raz kolejny ten duet sprawdza się wyśmienicie, tworząc bardzo przytulny hymn z mocno gospelowym refrenem (przypomnijcie sobie też „Sunday Candy” z projektu Social Experiment). Kolejny „kumpel” na krążku to Donnie Trumpet, który zagrał w utworze „Breadcrumbs”. Jeśli jednak miałbym wyróżnić najlepsze utwory, to na pewno przed szereg wychodzą dwa – „VRY BLK”, gdzie obok Jamili pojawia się rewelacyjna Noname (również wyróżniona w naszym rankingu) i utwór tytułowy, który był też pierwszym singlem zapowiadającym wydawnictwo, czyli „HEAVN”. Dodając do tego fakt, że cały krążek został wrzucony w dniu premiery na Soundcloud i udostępniony do darmowego pobrania oraz to, że poza własnym albumem wspólnie z Chancem sworzyła jeden z najlepszych utworów na „Coloring Book” („Blessings”) sprawia, że Jamilla Woods to jedna z najważniejszych i najprawdziwszych muzycznych postaci roku 2016. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

2Skepta – Konnichiwa

Bardzo ważną i krystaliczną częścią ubiegłego roku była scena grime’owa. Do tej pory kryjąca się głęboko przy ciemniejszych ulicach Londynu, teraz wychodząca na pierwszy plan. W dużej mierze za ten rozwój jest odpowiedzialny Skepta. Bo jak inaczej zinterpretować fakt, że album „Konnichiwa” został wyróżniony jedną z najważniejszych w GB nagród – Mercury Prize 2016? Nagroda, która określa najważniejszych artystów dla rozwoju rynku muzycznego trafiła do gości w białych, ortalionowych dresach, totalnie nie pasujących do tej wielkiej gali ze smokingami i wytrawnymi szampanami za kilka lub kilkanaście tysięcy funtów. Wystarczy spojrzeć na poprzednich laureatów – mamy tam Alt-J, PJ Harvey, The XX, czy Arctic Monkeys. To idealnie pokazuje jak wielki przełom zafundował nam Skepta. I udało się to właśnie jemu, a próbowało wielu – Dizzee Rascal, Wiley, Kano… Możnaby długo wymieniać . A jednak to Skepta. I to dopiero po dziewięciu latach od debiutu! Jak brzmi „Konnichiwa”? W 100% angielsko. Jest ascetycznie, brudno, agresywnie, mrocznie i prawdziwie (kto był na Openerze widział ortalionowy kaptur, który mimo lipcowej pogody nawet na chwilę nie zniknął z głowy rapera). Sam fakt, że praktycznie w każdej recenzji pojawia się odniesienie do „Boy In Da Corner” Dizzee Rascala świadczy o tym, że mamy do czynienia z albumem nietuzinkowym. „Lyrics”, „It Ain’t Safe”, „Man”, „Shutdown”, „That’s Not Me” to niesamowite bangery, a poza trochę niezrozumiałum dla mnie „Ladies Hit Squad”, w którym ASAP Nast nieudolnie próbuje naśladować Drake’a, na albumie nie znajdziecie słabych momentów. Dlaczego więc to właśnie ten album Skepty stał się przełomowy? Po pierwsze wyraźnie słyszalne jest odejście od jakichkolwiek ‚radiowych konwenansów’ i postawienie w pełni na to, co siedziało raperowi w głowie. Po drugie perfect timing, bo mam wrażenie, że wszyscy mieli już dosyć miałkich, grzecznych i poukładanych projektów najczęściej w układzie młoda wokalistka + średniej klasy producent. „Konnichiwa” Skepty jest najlepszą odpowiedzią na te potrzeby. [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski

1Anderson .Paak – Malibu

Paradoksalnie trochę to smutny moment – bo już po pierwszym odsłuchu „Malibu” mówiłem, że nie jestem pewien czy ktokolwiek da radę przeskoczyć ten album. Smutny dlatego, że od 15 stycznia (wtedy go wydano) czekałem kolejne 350 dni tylko po to, żeby moje słowa się potwierdziły. I na tym koniec smutasów. Zanim jednak przejdę do analizy samego krążka muszę to z siebie wykrzyczeć – ANDERSON PAAK OFICJALNIE ZJADŁ ROK 2016, KONIEC KROPKA. To jest naprawdę niesamowity krążek. Myślę, że jeden z tych, które będą wymieniane nie tylko w kontekście ubiegłego roku, ale też w podsumowaniach najbardziej przełomowych płyt wszechczasów. Sam chętnie umiejscowiłbym go w tym samym worku co „Channel Orange” Franka Oceana (czyli na najwyższej półce). I mam nieodparte wrażenie, że właśnie od roku 2012 nie pojawiło się żadne tak mocne wydawnictwo. Aż do teraz. Dorzućmy jeszcze do tego niezliczoną ilość featuringów, w którch Paak wziął udział (Mac Miller, Domo Genesis, Kaytranada itd.), cały projekt NxWorries – nawet jeśli ktoś nie jest takim uberfanem „Malibu” jak ja, to nie uwierzę, że Anderson nie zasługuje na tytuł osobowości roku 2016. Ale wróćmy do samego krążka. W przeciwieństwie do wcześniejszego wydawnictwa „Venice” artysta w końcu zdecydował się czy woli być raperem, czy soulowym wokalistą. Wybrał tę drugą opcję, chociaż nie odmówił sobie jednorazowych wycieczek w tę stronę, na przykład w utworze „The Waters” wykonywanym wspólnie z BJ The Chicago Kid. Ogromną zaletą jest umiejętność gry na instrumentach, dzięki czemu kompozycja instrumentalna pełni tu bardzo ważną rolę. „Come Down” to utwór, który idealnie pokazuje w jakim stosunku Paak waży muzykę i tekst. Kolejne świetne momenty to „Room in Here” – zamglona, kojąca i rytmiczna, ale jednak ballada, w której nawet podstarzały The Game nie przeszkadza. „Without you” to znów hołd dla rapowej części serca muzyka, z genialną zwrotką Rapsody. Właśnie, warto zwrócić uwagę na rewelacyjne featy, każdy z nich wnosi swoją przyprawę do i tak już pysznych potraw. Skoro poruszyliśmy kwestie gości, to czas na najbardziej przebojowy „Am I Wrong” ze Schoolboyem Q, którego nieczęsto można usłyszeć na takim podkładzie. A są jeszcze „Put Me Thru” czy wspomniany już wcześniej i uważany przez wielu za najlepszy singiel roku „Come Down”. Rozpływać się nad „Malibu” możnaby jeszcze bardzo długo. Nie oszukujmy się – na tym krążku każdego utworu słuchało się rewelacyjnie. Nie ma tu słabych momentów, a mamy aż 16 utworów! Zdecydowanie i bezapelacyjnie najlepsza płyta roku 2016 i tym samym poprzeczka dla przyszłorocznych twórców zostaje zawieszona bardzo wysoko. To koniec naszego podsumowania, idę posłuchać Malibu jeszcze raz! [POSŁUCHAJ~M.Tomaszewski